Wieczór - skończyłam pracować: popiszę sobie, żeby odreagować codzienność.
Kategorie: Wszystkie | codzienność | książki | malowanie
RSS
środa, 28 września 2005
długi dzień
  Film oglądany po raz drugi - podobne wrażenie jak ja pierwszym razem, oczywiście "Broken Flowers". Małe rozczarowanie. Kolacja w miłym towarzystwie i spacer wieczorny - miły, bo dobre rozmowy. To było wczoraj. Dzisiaj dużo zajęć i konferencja matematyczna. Ulka po plenerze w Ustce- miłe spotkanie. Jutro kolejna konferencja matematyczna dotycząca nowych matur - ważna. Kilku uczniów umówiłam na piątek i sobotę. Zaczynam. Wrzesień się kończy, dość tego leniuchowania. Miły wieczór szykuje się w piątek: wino i tańce, czyli spotkanie ponorweskie.Tyle zdjęć do oglądania, tyle śmiechu i radości.Będą wszyscy ci, którzy pracują w Polsce - czyli Gosi nie będzie i studentów.Czyli szykuje się kilkunastoosobowe, szalone spotkanie ludzi na ogół piekielnie zajętych pracą. Lubię takie spotkania. Dodają energii i dzięki tym tańcom i luzowi odreagowujemy codzienność. Czerwone wino...
poniedziałek, 26 września 2005
popiszę dzisiaj sobie

Miły ten poniedziałek.Wreszcie pan fachowiec z kablówki podziałał , że będę szybciutko łączyła się z siecią - podobno od razu/ coś tam było z kartą sieciową nie tak i czasami nie mogłam uzyskać połączenia /.Byłyśmy z EK w Ysku i kupiłam bardzo ładny koc do sypialni/30 zł/, taki właśnie jak chciałam mieć na drzemki - do tego koca dopasowane dwie poszewki na jaśki /po 2 zł/- dopasowane kolorystycznie oczywiście.Kolor jest ważny, a więc koc jest taki kremowy w kwiaty różowo-lawendowe/delikatne to wszystko, drzemkowe/, poszewki też jakoś takie, tylko trochę intensywniejsze w lawendzie. Sypialnia to moje miejsce/od miesiąca dopiero/ w miejskim mieszkaniu.Stało się to możliwe po przeniesieniu się AK do tego ich/z dziewczyną/ nowego lokum.A więc kupiono mi duże sosnowe łóżko/ wreszcie nie kanapa/, dwie komody, oklejono segmencik jasną tapetą, a ja namalowałam kredkami te małe lawendowe kwiaty. Tapeta w kolorze lawendy, wykładzina też tylko o dwa tony ciemniejsza.No i pościel. Np ciemnoniebieska, a na tle żółto-białe kwiaty, druga strona biel i te same kwiaty.Wreszcie nie kora w te oklepane wzory z rynku.Tylko bawełna ,taka grubawa. Drugi to kremowe tło, a na nim delikatne niebieskie rozrzucone kwiaty takie rysowane kreską.Trzeci to też kremowa, ale pasy takie nieregularne niebieskie z marginesem granatu, a między nimi kreskowe bladoniebieskie tulipany.No i ta biała w te czerwone liście.Te ostatnie to satyna, jakaż ona miękka w dotyku.Cieszę się bardzo i jakoś spię tam inaczej.Jak ważne jest łóżko. Do tej pory spałam w tzw największym biurowym: dużo sprzętu komputer, telefony, fax, kasa fiskalna itp. Było mi wszystko jedno jaka pościel, z reguły była ta z kory i też oczywiście było dobrze, ale teraz jest sto razy lepiej.Najładniejszy pokój - moja sypialnia. EK ma też śliczny pokój, taki sosnowo-pomarańczowo-zielony."Ciepło" kolorystycznie tam. I te strojące bukiety,kolorowe świeczki, drobiazgi stojące i wiszące, półeczki."Biuro jak biuro : biurko dębowe 2m na 0.7, tablice informacyjne, certyfikaty, segregatory, wydzielony kąt/ duży/ komputerowy, wszedzie półki, duży mebel do tych dokumentów do chowania.Kąt dla klientów: dwa wiklinowe foteliki + stolik. Obrazy, kwiaty w wazonie i te stojące.Chcę papirusa, nawet dwa.Lubię papirusy.Jeszcze nie mam.Kuchnia nasza to wieczny bałagan, stawiamy te rózne rzeczy i nikomu nie chce się sprzątać.Taki domowy rozgardiasz.Przedpokój dwa rowery, buty rozrzucone - czasami chowamy.Ot normalnie. Ale sypialnia najpiękniejsza.

Chatka na wsi to chatka: drewno, kominek, stare meble po przodkach: szafa staruszka 80 letnia, kredens też jej rówieśnik, kilka współczesnych, ale przemalowanych przeze mnie. Drewno na ścianach, obrazy wszędzie. Kuchnia to meble oszlifowane: stare kredensy ,szafki i pomalowane śmiesznie.Jakieś jabłko na gładkich drzwiczkach, martwa owocowa natura nad drzwiami.Podkowa z drewna przywieziona z gór, kogut z Kazimierza. Schody na górkę sypialniano -malarską z saloniku trochę niewygodne, bo nie udały się stolarzowi.Ale ogień.Jak on wycisza. Wreszcie przestaje się gadać, pleść androny, udawadniać, przekonywać. Tam tak miło pomilczeć.Taras jest ważny: stół i krzesła, pelargonie na balustradkach. Herbata tam smakuje inaczej.Siedzimy godzinami przy np. śniadaniu, dolewamy herbatę z dzbanka.Celebrujemy przyjemność bycia razem, patrząc na las i ogród. A jeszcze jak skosimy trawę to zapach.A chatka to moje miejsce na ziemi  -jadę tam w każdej wolnej chwili, blisko -tylko 15 km od miejskiego domu.Rowerem też można- to wtedy 1,5 godziny pedałowania spokojnego.Najczęściej busik, bo prawie sprzed domu i do chatki dowozi do samej uliczki, tylko spacer 5 minut i już widać duży modrzew, który mówi do chatki" Ja jestem duży, a ty malutka.Zważywszy, że modrzew rośnie jak głupi, a nasz ma już ok 20 lat, to może tak mówić, bo nawet góruje nad brzozami i bukami - tak wyrósł, widocznie mu dobrze z nami, a nam dobrze z nim.Taki jakiś dostojny się zrobił na swoje dojrzałe lata.A na nim mieszkają wiewiórki, szpaki i różne inne ptaki.Nad tarasem góruje 20 letni orzech włoski.Obok niego świerki - naprawdę miło tam posiedzieć w tej fabryce tlenu. a i czasami jeż przetupta.Jakiś bezpański kot zajrzy i poobciera się o nogi. Zimą zostawiamy talerz z jedzeniem dla tych kotów, usypujemy stertę gałęzi dla rodziny jeży.Tylko musimy tej jesieni zrobić jakieś budki dla ptaków.Pracując dużo, okresami stanowczo za dużo, trzeba mieć takie miejsce, żeby nie zwariować. Każdy ma zapewne jakieś takie swoje miejsce, gdzie lubi i musi być sam - sobą. Zdjąć ten ciężar ubrania, słów, funkcji, powinności i odpłynąć w samotność.

.....a jutro wtorek i miłe spotkanie z JAM - idziemy do kina na Broken Flowers/ ja już drugi raz/, a potem powłóczymy się, może pójdziemy gdzieś potańczyć. Od 27 sierpnia nie tańczyłam przecież.A może na spokojną kolację z lampką czerwonego wina? Przezornie umówiliśmy się na 16.00, czyli po filmie mamy duuużo czasu - no i świętujemy jego 46 urodziny/wygląda na 35 lat /wiecznie potargany, sportowy,turystyczny, rowerowy; rozgadany do granic nieprzyzwoitości - czasami plecie androny straszne, ale czasami całkiem do rzeczy mówi- jak się wyciszy oczywiście i przestanie bać prawdziwych słów i prawdziwych emocji. Jak większość facetów zresztą....tych bardziej wrażliwych.Ja lubię tylko naukowo-wrażliwych. Gdyby wreszcie przestali się bać/ obawiać/ tych tzw silnych kobiet, bo tzw silne kobiety nie są wcale takie silne jak się im wydaje i bardzo łatwo je zranić - tylko one nie dają poznać po sobie, że coś - ktoś jest nie tak jak trzeba wobec nich.I ubierają tę "kiecuszkę" pewności siebie, uśmiechu, odrobinę cynizmu i ironii. Nie są tak obnażone jak rzeźby Vigelada w Oslo: gołe emocje tylko czasami im się przytrafiają w skrajnych sytuacjach, w większości sytuacji są "bezpiecznie ubrane".

......no i w piątek będzie też miło, bo spotkanie ponorweskie w karczmie: dużo wina, tańce, oglądanie zdjęć i wspominanie. Mam nadzieję, że wszyscy przyjadą i będziemy tak radośni jak na naszym trampingu wśród fiordów.

 

 

niedziela, 25 września 2005
Tlen przedawkowany.Dużo spacerowania wśród tych drzew jesiennych.Słońce, moje dalie i pojedyńcze róże.Malowanie: trzy obrazki, ale do dokończenia w najbliższy weekend. Moja Krysia - mimo uśmiechów i pogody ducha - zmieniona wewnętrznie, taka spłoszona tą chorobą.Też się martwię, żeby już nie było żadnych przerzutów.Bałam się tej wizyty, bo to nasze pierwsze spotkanie po jej drugiej operacji.Bałam się swoich reakcji, czy będę naturalna-taka jak zawsze. Chyba udało się, nie było sztuczności - był spokój.Tylko ja wyczułam to jej napięcie,ukryty lęk o przyszłość. Kryśka wszystko jest i będzie dobrze.Za dużo ludzi choruje na tę okropną chorobę - rak- to brzmi strasznie i jest straszne. Niechże wreszcie jakieś mądre głowy wymyślą szczepionkę lub coś tam, żeby młodzi, aktywni ludzie nie umierali. Trochę za dużo było tych śmierci moich bliskich. Nie chce po raz drugi przeżywać tego koszmaru, który przeżyłam z Ulką. Pisała takie piękne wiersze, była taka młoda i pierwszy krwotok miała u mnie- miałyśmy razem jechać na jakąś imprezę. Następnego dnia zawiozłam ją do szpitala na badania i wyrok: rak macicy z przerzutami. Sprawa beznadziejnie nieuleczalna. Z Ulką przeszłam drogę od początku do końca. Było strasznie.Już jej nie ma pięć lat, a ja ciągle pamiętam jej twarz wykrzywioną z bólu i pytanie " Karma?" Mietek, przystojny, fantastyczny facet - mąż mojej ciotecznej siostry Ewy. Jak on tańczył, świetny mąż, ojciec, życiowy kumpel mojej rodziny. I rak żołądka zabił go w ciągu jednego roku.Gdy umierał miał 47 lat.Trzymałam go za rękę, gdy dawali mu chemię, bo Ewa wtedy miała fatalny okres walki z władzami i prosiła mnie o bycie z Mietkiem zanim dojechała z pracy. Tak było każdego dnia podczas tych jego pobytów w szpitalu. Bardzo cierpiał ,a ja robiłam awantury pielęgniarkom, dlaczego nie dają mu środków przeciwbólowych. Po tych awanturach dawały. On nie prosił o nic.  Tylko czekał na Ewę, wtedy podchodził do lustra i szukał potwierdzenia, ze wygląda ok. A Ewa wyła po nocach -ale do niego wchodziła uśmiechnięta. Tak trzeba. Danka - rak mózgu - po raz pierwszy powiedziała mi w Paryżu, ze często boli ją głowa.A potem to trwało 2 lata, ta walka. Jej syn ma teraz 23 lata, gdy umarła miał 21. Za dużo. Oni byli tak blisko mojego życia, znałam ich emocje, marzenia,, rodziny. Niepotrzebne śmierci. Żniwo raka. Krysi się uda. Ona jest silna i pogodna - ona zwycięży.Tak ma być i basta.  
piątek, 23 września 2005
No to piątek najmilszy dzień - bo jutro sobota

Rano żółty busik zawiezie mnie do chatki.Aż dwa dni luzu cudnego.MALOWANIE!!!!!!!

Ulka wróciła z pleneru, podobno namalowała kilka ładnych obrazków - ona może kiedy chce.Ja niestety nie.Tydzień całkiem ok poza tym feralnym telefonem. Za mało czytam, w ogóle nie czytałam w tym tygodniu.Tylko praca była, spotkania ważne i mniej ważne.Procentowo więcej uśmiechu niż smutku.Tydzień następny zapowiada się interesująco.Czekam na recital Baśki - te jej rosyjskie ballady, wreszcie kto jak nie Rosjanka potrafi tak cudnie śpiewać "Trojki dwie...."A swoją drogą mam je trzy: Luba, Ludmiła i Baśka.Co za szczere słowiańskie natury, serce na dłoni, szczerość i emocje. Moje baby-czarown/e/ice.Kipiące talentami różnymi, powalające urodą i seksapilem podanym w apetyczny sposób.A Ci ich faceci -Polacy tacy wydają się bezbarwni przy nich, nijacy.Ale one oddane w tych miłościach -tak do końca kobiece i gospodarne wydają się szczęśliwe.Może im wygodniej myśleć, że są szczęśliwe.A może faktycznie są? Ci zabiegani mężczyźni walczący o codzienność, nie mają już siły okazywać czułości i lądują na kanapie z pilotem i kuflem piwa.I one chyba z tego ich zmęczenia zdają sobie sprawę - nie krytykują, nie wymagają - po prostu są razem w tymi facetami w ich codziennościach, uśmiechnięte i tak skandalicznie zaradne.Moje Rosjanki.

czwartek, 22 września 2005
tempo

Tempo, zaczyna się dziać.Wczoraj wizyta miła. Jak zawsze coś wynikło - od października intensywny kurs weekendowy - angielski.6 godzin co dwa tygodnie: 3 w sobotę i 3 w niedzielę.Na szczęście bez opłat, bo z funduszy unijnych.Dostanę jakiś certyfikat na zakończenie, jezeli zdam egzamin końcowy.Postaram się zdać.Zdam.To będzie już w czerwcu 2006.A w 2006/07 zrobię jeszcze jeden jakiś kurs już pod kątem matematyki i nowy etap - Anglia przez kolejnych 5 lat.Muszę mówić znakomicie, bo inaczej nie zdam egzaminu przed komisją angielską.Mój angielski jest niby ok. Piszę, mówię ale od 1992 roku - jest raczej słabo.Zapomniałam za dużo, mój brak czasu na regularne słuchanie kaset, wtórny językowy analfabetyzm - prawie.W potocznej mowie jest dobrze, dogadam się w każdym kraju, poza Anglią właśnie.Piszę te kontrakty, umowy i listy, ale wtedy korzystam ze słownika.Moi trochę z obawą patrzą na pomysł zabrania co drugiego weekendu - ale trudno, tak ma być i basta. Kolejny cel do osiągnięcia.OK.

wtorek, 20 września 2005
co za dzień ten 20 września - nie lubię takich dni

 Jasne, że zawsze trafi się taki dzień i taki telefon. Bezmyślność, brak odpowiedzialności. Odwołać imprezę dwa dni przed terminem jest tym właśnie. Wszystko zamówione:autokar, pilot,rezerwacje. Byłam po raz pierwszy od dawna tak niemiła dla klienta.Na szczęście udało mi się wszystko poodwoływać bez skutków finansowych dla firmy ALE TAK SIE NIE ROBI. Tracą do mnie zaufanie moi przewoźnicy, piloci i wszyscy w imprezę zaangażowani.Ach te bezmyślne NIEKTÓRE nauczycielki.Odradzałam imprezy we wrześniu, przecież rodzice w tym pierwszym miesiącu nauki dzieci nie mają kasy, bo mają furę wydatków:książki piekielnie drogie, plecaki, jakaś odzież, składki szkolne typu PZU i inne.Ale ona się uparła, ze napewno pojadą.No to ok.Pozamawiałam, zorganizowałam i dzisiejszy telefon o 11.00 był tym najmniej oczekiwanym i ta niefrasobliwość w głosie tej kobiety, przecież nic się nie stało, po prostu grupa się nie zebrała.Wolę matematykę i malowanie- zdecydowanie wolę.Ale na szczęście takie sytuacje zdarzają się rzadko.Ale dzisiejszy dzień fatalny, bo zagrały negatywne emocje.Nie lubię czuć tej złości w sobie, nawet jeżeli jest uzasadniona.Źle się czuję, to łagodnie powiedziane - fatalnie się z tym czuję. A dzisiaj przede mną jeszcze ważne zebranie i wieczorna wizyta księgowego.EK pojechała na urodziny swojego chłopaka.Wyglądała ślicznie, jak ona potrafi dobierać kolory i dodatki.Te bordowe brązy w tej sukience, rajstopy idealnie dobrane - taki "obrazek" wyszedł z domu.Moja córka, studentka. Jak bardzo będzie mi jej brakowało w drugim semestrze.Będzie aż 1700 km od domku.Ale dobrze, ze jedzie do tej Francji to przecież jej czas na edukację.Tym bardziej,że dostanie stypendium na te kilka miesięcy.Wróci z jeszcze lepszym akcentem - moja "francuska "córka.Tak -jestem fanką moich dzieciaków, bo wyjątkowo udały się nam.Ale moze dlatego, ze nigdy nie byłam nadopiekuńczą mamuśką. To się jakoś działo tak. Zawsze zabiegana, zaangażowana w furę spraw nie "kwoczyłam"- byłam po prostu i wytyczałam jakieś drogi wskazując kierunek rozwoju.AK też jest cudny facet, ciut starszy od EK - student też.Oczywiście pisząć o nich odreagowuję dzisiejszy "telefon".Chyba już odreagowałam.Odpocznę trochę przed tym dzisiejszym zebraniem, mam czas do 17.30.Może dobra muzyka i drzemka.

poniedziałek, 19 września 2005
poniedziałek
Przeżyłam ten pierwszy aktywny dzień- dobrze.To miło,jak czekają aż wrócisz nawet po takiej krótkiej, tygodniowej przerwie.Dużo ciepłych serdeczności,autentyczna radość - tak ma być to ok.Bo się chce następnego dnia rano wyjść z domu.Jeszcze do końca września mam wolne popołudnia,soboty i niedziele.Mogę czytać, drzemać, robić na co mam ochotę.Moja waga 60,5 - czyli minus 2 kg.Jeszcze tylko 2 tygodnie diety i 58 kg - super.A może uda mi się jeszcze z dwa więcej i dojdę do wagi marzeń - 56 kg.Wiem - śmieszne są te obsesje kobiet.Ale ja jestem typowa kobieta pod tym względem - chcę zawsze wyglądać tak, zeby chciano na mnie patrzeć bez odruchu niechęci.Tak miły jest błysk w oku i miłe słowa" ładnie wyglądasz".Potrzebuję tego jak tlenu do oddychania.Bez tego jakoś szaro i smutno.Nie lubię szarości w żadnym wydaniu."Szarych" ludzi, szarych swetrów,szarych dni.Jest taka gama kolorów: czerwień elektryzuje,żółty nastraja słonecznie, niebieski jest taki łagodny, brązy są ładnym tłem dla czerwieni - np czerwone,skórzane rękawiczki do brązowego żakietu.To jest właśnie to.I już.Nie dajmy się szarości!
niedziela, 18 września 2005
Mój wiejski żywot

Dziękuję za Wasze dopiski do mojego pisania-to miłe gdy ktoś reaguje.Oczywiście w chatce było bardzo spokojnie, kominkowo,muzycznie.To były dni takie ciche, poukładałam sobie różne sprawy i emocje na odpowiednie półki, niepotrzebne emocje skasowałam.Wczoraj malowałam takie zielone i niebieskie różności.Tym, którzy je zobaczyli spodobały się.

Przygoda była z dzwonkiem przy bramie-mogła się skończyć tragicznie, ale dobre anioły czuwają.Padał deszcz ulewny, dzwonek zaczął dzwonić, wyjrzałam -nikogo nie było a dzwonek dzwonił.Do bramy podeszłam z trzema suchymi ręcznikami/dlaczego?/.Przez jeden włożyłam klucz no i posypał się snop iskier BRAMA BYŁA POD NAPIĘCIEM.Biorąc ręczniki nie wiedziałam, że jest.Zaprzyjażniony sąsiad odciął kabel doprowadzający prąd do dzwonka i było już ok.Po prostu przetarła się plastikowa izolacja i drut dotykał żelaznej bramy przewodząc prąd brrrr..Gdyby ten dzwonek nie dzwonił ,ktokolwiek złapałby za klamkę i w tej ulewie k o n i e c.Ale zadzwonił i wzięłam ręczniki - widocznie z moim logicznym myśleniem nie jest źle. A wczoraj wieczorem ona i on /mój współpracownik/znajome małżeństwo.Trochę czerwonego wina, oglądanie zdjęć i trochę ustaleń zawodowych na nadchodzący tydzień.Raczej dziwnie było, bo para wyjątkowo niedobrana.Ciągła walka: przykre i krępujące.Tak bywa niestety.Za to dzisiaj cudni goście zawitali na śniadanie. I był taki spokój. Nasze rozmowy o tym co się zadziało od ostatniego spotkania.I oni tak razem w odczuwaniu, ale to inny gatunek taki prawdziwy jedwab emocji i odczuć właśnie."Broken Flowers" późną porą dzisiaj też był.Czekałam na ten film.Jeszcze  nie potrafię tak jednoznacznie coś powiedzieć: narazie : ot samotny facet ze sporym życiowym doświadczeniem odwiedza swoje kochanki, żeby dowiedzieć się ,której spłodził syna ok 20 lat temu.Nostalgia, przemijanie, ulotność uczuć i rozczarowanie tymi spotkaniami.On ma swój świat, do którego broni dostępu.Kobiety z przeszłosci są obce,mają też swój świat, w którym on czuje się fatalnie.Bo to już zupełnie inne kobiety.Powierzchowny uśmiech, zdawkowe uprzejmości,niechciany kontakt.Rozczarowanie i wszystko wraca do normy.Jego ładne mieszkanko, muzyka i nawyki dnia codziennego.Kilka dobrych scen.Kilka dobrych dialogów.Wyszłam z kina smutna.

wtorek, 13 września 2005
Codzienne sprawy

                                                   

Załatwione wszystko dobrze, elegancko. Wyjazd na wieś opóźniony, ale warto było gdzieś tam pojechać i sprawę ładnie sfinalizować. Dbałość o klienta jest najważniejsza. Bo klient jeżeli czuje, ze firma dba o jego dobre samopoczucie i świadczy dobry poziom usług - zostaje. Zdobyć klienta ważne, ale utrzymać - ważniejsze. Dobre imię firmy utrzymane. No to dalej, do przodu. Satysfakcja. Ale spokój, dystans i cały czas małe, przemyślane kroki. Żadnych skoków kangura, bo się przeskoczy rozum i zostaną niepotrzebne emocje. No to do niedzieli wieczorem. Miłego tygodnia!

Moje czytanie

Eric Segal - wszystko co napisał np "Nagrody" "Absolwenci"

JLWisniewski - co napisał ale "Samotność w sieci" fragment dekodować genom - gęste

Min - wszystko ale "Cesarzowa Orchidea" ważna

Santorski "Jak żyć we współczesnym swiecie" i inne jego o emocjach

WE "Zatrzymaj się" i inne

biografie matematyków i fizyków

 

już się nie mogę doczekać

Czekam na "Broken Flowers" - premiera 16 września.

12:24, tazja00
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 września 2005
jeszcze w mieście - zamiast "M jak miłość"

Był sobie ptak obdarzony parą doskonałych skrzydeł o bajecznie kolorowych piórach,stworzony do swobodnego szybowania w przestworzach,ku radości tych,którzy obserwowali go w locie.

Pewnego dnia ptaka tego zobaczyła  kobieta i zakochała się w nim bez pamięci....

Ptak poprosił ją, żeby mu towarzyszyła, i polecieli razem w pełnej harmonii.Kobieta podziwiała,czciła, wielbiła ukochanego ptaka.

Lecz pewnego dnia pomyślała:"A może on zechce odkryć dalekie krainy, poznać odległe zakątki swiata?"I przestraszyła się własnych myśli.Przestraszyła się, że już nigdy, nikogo tak nie pokocha.I obudziła się w niej zazdrość, zazdrość o to, że ptak umie latać.

Poczuła się samotna.

"Zastawię na niego pułapkę" - pomyślała......

Ptak,który również był bardzo zakochany, przyfrunął do niej nazajutrz.Wpadł do klatki i nie mógł się już z niej wydostać-stał się więźniem.Kobieta napawała się jego widokiem.Był przedmiotem jej gorącej namiętności, pokazywała go przyjaciółkom, które wzdychały:"Naprawdę cudowny! Jaka jesteś szczęśliwa!"

Jednak z biegiem czasu zaszła w niej zadziwiająca przemiana, ponieważ ptak stał się jej własnością i nie musiała go już zdobywać, przestał ją interesować.A on, nie mogąc już latać, z dnia na dzień pogrążał się w coraz większym smutku, pióra mu wyblakły, skrzydła opadły - a kobieta zwracała na niego uwagę tylko wtedy, kiedy przynosiła mu jedzenie.

Pewnego dnia, gdy podeszła do klatki, okazało się, ze ptak jest martwy.Wpadła w rozpacz i odtąd ani przez chwilę nie przestawała o nim myśleć. Ale nie pamiętała o klatce, pamiętała tylko dzień, kiedy ujrzała go po raz pierwszy, jak szybował wysoko w obłokach, swobodny i szczęśliwy.

Gdyby mogła przyjrzeć się sobie samej, zrozumiałaby, że tym, co tak naprawdę wzruszało ją w ukochanym, była jego wolność, ciekawość swiata, energia jego silnych skrzydeł..........

 fragment- Paolo Coelho "Jedenaście minut"

      

Zwróćmy ptakom kolorowym wolność.........lećmy z nimi w przestworza... jeżeli umiemy latać, a jak nie to zostańmy na ziemi, a oni niech tam polatają sobie.....

21:20, tazja00
Link Dodaj komentarz »
odpocznę sobie trochę
 No to zapalenie gardła i decyzja o wzięciu tygodniowego zwolnienia.Jadę na wieś, tam ładnie posprzątam domeczek i będę się kurować aż do niedzieli.Odeśpię, wyłykam leki, posiedzę na tarasie z dzbankiem herbaty. Będę malować. Ludzi nie będzie, moje gardło odpocznie od używania.Powinno wystarczyć te 7 dni urlopu.Bo potem od października mnóstwo pracy.Znów po min 10 godzin dziennie.I tak aż do kolejnego września, do kolejnego maleńkiego odpoczynku, pomijając okres przerw świątecznych jasna sprawa.Za dużo pracy było, odpowiedizalności, za dużo ludzi wokół patrzących na mnie i oczekujących dobrych decyzji. Odległości przemierzane w tysiącach kilometrów, od zimna północy do upału południa.No to organizm zbuntował się - basta powiedział: "Nie lubię tych zmian".Co Ty sobie myślisz kobieto, ze mnie łatwo tak przestawić się z wód zimnych do upałów hiszpańskich?Dlatego tak kiepsko się czuję.Wyluzuj trochę i odpuść sobie.OK robię to-luzik/ spokój /wieś.
13:40, tazja00
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 września 2005
ccd

Niedzielny wieczór przed nowym tygodniem.Może coś ciekawego wydarzy się.Zawsze coś się dzieje w tym moim zwariowanym światku podzielonym na trzy części plus czwarta.PRACA - praca-pracusia plus moje zycie prywatne.Nie narzekam - tak ma być i jest cały czas dobrze.Wrzesień to tylko PRACA i pracusia - praca dopiero od października.A życie prywatne jakoś drzemiące.Po okresie intensywnym trochę odpoczynku od wybuchów emocji.Gdy za dużo "słońca"tęsknimy za chłodem, jakimś deszczem.Bo oparzenie III stopnia nie należy do przyjemnych.No to chłodniej u mnie i tak jest teraz dobrze. W domku czysto, bo wczoraj goście ,a to mobilizuje do zrobienia porządku.Bukiety kwiatów stoją i stroją. Przewaga róż.Od jutra dieta przez kilka dni.Moje ukochane bordowe spodnie muszą poczekać na minus 4 kg.To niesprawiedliwe, wystarczy kilkanaście dni i waga skacze w górę:znów to nieładne 62 kg.Spodnie "chcą" 58 kg.Pokusa zjedzenia zawartości lodówki:kilka jogurtów musli,ciasto mamy,kandyzowane owocki,chlebek z pastą łososiową i z profilu 5 miesiąc ciąży.No to teraz soczki, gotowane warzywa i dużo czerwonej herbaty parzonej w moim ulubionym dzbanku, tak z 5 filizanek na jedno posiedzenie przy komputerze.Uzależnienie od komputera.To kolejny problem po skłonności do tycia.Komunikatory, to czekanie na żółtą kopertkę od ważnych osób, maile itp.Pochłaniacz czasu, kiedyś to była telewizja.Ale od jutra pełna kontrola nad jedzeniem i komputerem. No i chodzić spać przed północą. Ważne do załatwienia sprawy spisać rano na kartce i trzymać się tego konsekwentnie.Rozliczyć samą siebie wieczorem z "wykonania planu".Tak będzie od jutra.Oczywiście utrzymać stały poziom optymizmu, koniecznie uśmiech i brak agresji,nawet wobec głupoty i chamstwa.Spokój i dystans.Nie dać się sprowokować. Ograniczyć palenie do 10 sztuk dziennie. To tyle dzisiaj, może jutro wstawię z dwa zdjęcia z moich tegorocznych podróży.

22:12, tazja00
Link Dodaj komentarz »
cd
Próbowałam "wstawić" zdjęcia, ale nie udało mi się.Muszę się tego nauczyć.Jeszcze poruszam się małymi kroczkami -nauczę się wszystkiego.To tylko kwestia czasu.Podobnie było na poczatku z gadu gadu.No i nauczyłam się.
19:49, tazja00
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2